Widzę i opisuję (Eco)

Świat to nieustannie się poszerzająca rzeczywistość znaków. Jeżeli istnieją znaki, istnieją także ich interpretacje. Tylko wyjątkowo uważny czytelnik, a do takich zaliczał się Umberto Eco, ma możliwość nieustannego i sensownego układania ich w logiczną całość – tak, aby złożyły w maszynę do wytwarzania znaczeń.

Tylko ciągła lektura pozwala – zdaje się mówić Eco – uciec od głupoty i szaleństwa, które proponuje współczesnym czytelnikom, odbiorcom natłoku sygnałów, świat. Pape Satàn aleppe to zbiór felietonów publikowanych na łamach tygodnika “L’Espresso” w rubryce “La Bustina di Minerva”. Eco rozpoczął tworzenie felietonów w 1985, pięć lat po ukończeniu Imienia róży. Jego teksty, krótkie i ostre, szybko zdobyły stałych odbiorców. Sam tytuł kolumny pochodzi od opakowań zapałek marki “Minerva”, które otwierały się jak notatnik, a których Eco używał do odpalania fajki, którą chętnie pykał. Na wolnej stronie autor Imienia róży sporządzał notatki, z których później powstawały gotowe teksty. Minerwa to także rzymska bogini mądrości, ostrzegająca, jak Eco, przed tym, co w świecie najgłupsze. I jak bardzo mamy problem z rozróżnieniem ważnego od mniej ważnego, dezorientacji od porządku, szaleństwa od mądrości i krytycyzmu. Pape Satàn aleppe opowiada także o nas samych, nieposiadających żadnych punktów odniesienia, dla których celem samym w sobie jest “pokazanie się za wszelką cenę, pokazanie, które zresztą stało się już wartością (…) oraz konsumpcjonizm. Jego celem jest krótkotrwałe zaspokojenie żądzy posiadania przedmiotów, które szybko stają się zbędne, a konsument przechodzi od jednego pragnienia do kolejnego w czymś w rodzaju bezsensownej bulimii”.

Enigmatyczny tytuł książki pochodzi z Boskiej komedii Dantego, konkretniej – otwiera siódmą pieśń Piekła. Filolodzy od lat łamią sobie głowy nad znaczeniem tych trzech słów. Jedna z teorii, francuska, wskazuje, że po przetłumaczeniu oryginalnego tekstu właśnie na francuski, da się w skrócie podsumować jako “Milcz, szatanie, odejdź stąd i milcz”. W kontekście felietonów zawartych w ostatniej książce Eco brzmi całkiem ciekawie. Jednak jeszcze ciekawiej brzmi wytłumaczenie Edwarda Porębowicza, jednego z różnorodnego tłumu tłumaczy Dantego. Otóż słowa te nie mają żadnego sensu, symbolizują zezwierzęcenie jednego z demonów, które odzwierciedla się w niezdolności posługiwania się ludzką mową. Cóż, może myślą Eco było wyrażenie niewyrażalnego, czyli wszechobecnego zidiocenia świata.

Rozpiętość tematów jest szeroka i prawdziwie imponująca: fenomen Harry’ego Pottera, Twitter, filmy z Jamesem Bondem, telefony komórkowe i kaligrafia, pornografia i pedofilia, 9/11, kryzys imigracyjny i przyszłość Unii Europejskiej, w końcu: powieści Julesa Verne’a. Streszczanie całej książki nie ma sensu. Eco nie gardzi żadnym, nie waha się grzebać w kulturze masowej – co oczywiście nie jest żadnym odkryciem – ale też sięgać po kulturę popularną czy wysoką. Eco, jako wierny czytelnik rzeczywistości, musi dotykać maksymalnie wielu jej aspektów, tak, aby wyłuskiwać ze świata sensy.

Trudno określić Umberto Eco mianem mizantropa – on, wzorem prawdziwego intelektualisty, nie tylko bezmyślnie patrzy, ale uważnie się przygląda. I opisuje. Jest zabawny, ironiczny, ale w swojej ironii bywa także nieprzyjemny. Piszą o telefonach komórkowych wspomina przygodę z pewną kobietą, z którą mijał się na ulicy. Ustawił się wobec niej w taki sposób, aby telefon, w którego ekran była wpatrzona tak, że nie widziała kawałka świata dookoła siebie, aby wpadła na niego. Telefon, co oczywiste, w drzazgach, a Eco ucieszony, że udało mu się zrobić tak udany żart. Ale, swoją drogą, ile razy przyszło nam do głowy, żeby tak ustawiać się wobec ludzi na ulicy – żeby na nas wpadali? Jego żart nie jest wyłącznie złośliwy, słusznie wskazuje, choć w mało konwencjonalny sposób, jak bardzo telefon komórkowy wpływa na umysłowe i społeczne kalectwo, które sami sobie zadajemy. Komórka to jednak dość ustatkowane już we współczesnym świecie medium, więc Eco skupia się także na np. Twitterze czy Facebooku. Ten pierwszy zostaje potraktowany stosunkowo łagodnie: w rozpasanym do granic świecie promuje zwięzłość. A jako rzecze autor – za pomocą 140 znaków można zapisać wiele, np.: “Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie”. W polskiej wersji – 75 znaków ze spacjami, mówi Eco.  Bolesny, ironiczny, nieprzyjemny, radosny i przenikliwy: Umberto Eco w swoich felietonach i, szerzej, w swoim bytowaniu w bezkształtnym i rozpływającym się świecie.

Gdyby jakiś dzisiejszy Humbert Humbert, słynny bohater Lolity, oddalił się w towarzystwie małej dziewczynki, bylibyśmy w stanie dowiedzieć się o nim wszystkiego. Nawigacja satelitarna w jego samochodzie wskazałaby nam jego lokalizację i cel podróży; karty kredytowe zdradziłyby nam, w którym hotelu się zatrzymał i czy zarezerwował jeden czy dwa pokoje; kamery przemysłowe w supermarkecie zarejestrowałyby, jak zamiast gazety kupuje czasopisma pornograficzne, a gdyby to jednak była gazeta, to w zależności od wybranego tytułu wiedzielibyśmy, jakie są jego poglądy polityczne; gdybyśmy zobaczyli, że kupuje lalkę Barbie, moglibyśmy wydedukować, że dziewczynka jest niepełnoletnia; i w końcu – gdyby wchodził na strony internetowe dla pedofilów, nie mielibyśmy wątpliwości co do naszych przypuszczeń. Nawet gdyby Humbert Humbert nie dopuścił się jeszcze żadnej zbrodni, stwierdzilibyśmy, że ma niebezpieczne skłonności i należy go aresztować.

Eco oddaje też to, czym współczesność jest: jednocześnie zafascynowany i przerażony, mówi o kiczu, głupocie, pomieszaniu rejestrów wysokiego i niskiego, o pustce konkursów na miss kraju, świata czy regionu. Pozwala sobie, rzecz jasna – między wierszami, na nazwanie kompletnym idiotą prezydenta Busha, odnotowując na przestrzeni jednego felietonu jego najgłupsze wypowiedzi. Dostaje się także: przedmowom do książek i teoriom spiskowym. Imigranci pragną podbić Włochy, bo premier Berlusconi, a konkretniej – jego telewizja pokazała im Włochy jako niebo pełne piersiastych i chętnych Włoszek. Ludzie są głupi, bo chodzą do wróżek.

Wygląda na to, że w całym tym zamęcie tylko Eco zachowuje twarz, pisząc wyłącznie o głupocie i omylności świata, a nigdy – o sobie. Może to i lepiej: jako współczesny Sokrates czyta i interpretuje dla nas skretynienie rzeczywistości.

Źródło okładki. Wszystkie cytaty pochodzą z książki: Umberto Eco, Pape Satàn aleppe, przeł. A. Bruś, wyd. Rebis, Poznań 2017.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s